Dzień po dniu na złombolu
1 dzień 23.07

Po zawirowaniach dnia piątkowego pobudka o 6 rano wydaję się barbarzyństwem, ale cóż zrobić jak do Katowic mamy 60 km a ok. 8 rano powinniśmy się stawić na rejestracji. Wstajemy, robimy spory zapas podróżnego prowiantu, jedyne 24 bułki do tego żelki, ciastka, energetyczne batony i napoję, zapas wody i inne pierdoły :). Tych naszych wszystkich pierdół zebrało się tyle, że do samochodu musieliśmy obracać trzy razy… Uff… nasza część zapakowana (do toyoty, bo do kanta musimy jeszcze dojechać). Ruszamy po trzeciego członka załogi - Karpia.
Widząc tylko nasze plecaki w Ravce zastanawialiśmy się jak to się wszystko zmieści do kanta, którego cały bagażnik wypełniony jest częściami i resztą naszego jedzenia, bo apetyty to my mamy ogromne  Ok. 6.30 kapitan zabiera Karpia i dojeżdża do teściów zostawić Toyotę i zapakować się do czekoladowego kredensu.
Dobrze, że oklejaniem i wsadzaniem części zajęliśmy się dzień wcześniej, bo inaczej nie wyrobilibyśmy się nawet na wieczór. Pakujemy resztę prowiantu do bagażnika, a karimaty, śpiwory i koce do środka fiaciora. Na dachu mamy już 2 opony, do których przytraczamy jeszcze nasze 2 duże plecaki. Udało się!!! Jesteśmy gotowi, jest 7, więc już czas najwyższy wyjechać. Żegnamy się, odpalamy kantarę i ruszamy.
Lekko podekscytowani z ochotą na wielką przygodę.
No i się zaczęło dwa zakręty od domu kanciok zaczyna rzęzić i gaśnie. Ups... wiedzieliśmy, że coś nam nawali, ale że tak szybko :(. Miny nam zrzedły, próbujemy kręcić rozrusznik, ale ani na benzynie, ani na gazie- nic. Albo się zalał albo zapowietrzył, kręcimy na benzynie do oporu, w końcu pali od razu przełączamy na LPG, bo od samego początku nie działa naw wskaźnik paliwa (tzn. pływak w baku). Później okaże się, że pokazuje ful zbiornik, kiedy jest pusty a rezerwa zaświeca się, kiedy jest w rzeczywistości pełny. Jedziemy na pierwszą stację i tankujemy do PEŁNA benzynę i gaz. Dobra, jedziemy jest 7.20, więc powinniśmy zdążyć na styk przed końcem rejestracji. Rozpędzamy się na wyjeździe z Bielska wbijamy 5 i kulamy się tak 90-100 km/h do samych Katowic. Jeszcze tylko telefon do mechanika, aby nie zapomniał dowieźć zakupione dzień wcześniej przez nas części, a które miały przyjść w dzień startu o 9.
Docieramy do Katowic, znajdujemy dojazd do miejsca startu, na ulicy Mariackiej już widzimy parę ekip czekających na wjazd, jest 8.40. Przed nami siedem może dziewięć ekip czekających na rejestracje. Trochę to trwa, sprawdzają potwierdzenia przelewów na min.1000zł. W końcu po jakiś 25 minutach przechodzimy pomyślnie rejestracje (choć brakowało nam na papierze potwierdzenia jednego z przelewów). Przejeżdżamy wzdłuż ulicy Mariackiej i ustawiamy się w ciągu za pozostałymi ekipami. Teraz czekając na start, podziwiamy wozy innych ekip, a jest co, bo jest ich prawie 130, niektóre z nich to prawdziwe cudeńka. Jak choćby srebrny polonez przejściówka z przebiegiem zaledwie 30-kilka tyś. km., są także maluchy, łady, skody, żuki, parę nys i masa dużych fiatów, ok Ľ wszystkich załóg. Inwencja twórcza złombolowych załóg imponująca- nysa i tarpan w kwiaty, kant prawie w całości pokryty rdzą, maluch z pluszowym kurczakiem na zderzaku oraz telewizory plazmowe na wyposażeniu niektórych .
Oklejamy auto nalepkami startowymi, nasz numer to 98 i czekamy na 11.45, o której to miał odbyć się wielki start. W międzyczasie pojawiają się ludzie z aparatami, reporterzy z mikrofonami i kamerami. Wybiła 11.45 wokół rozbrzmiewają syreny :), nadszedł czas długo oczekiwanego startu. Do A4 ma nas eskortować policja na sygnałach, mamy przykaz jechać cały czas w konwoju ignorując wszystkie światła. Ruszają pierwsze samochody powoli wyjeżdżamy z Mariackiej w stronę Warszawskiej, wokół mnóstwo ludzi, ogromny hałas klaksonów i syren, które były na wyposażeniu praktycznie każdego żuka :). Przejedziemy linie startu, wtedy przejeżdżając obok grupki ludzi, słyszymy wymianę zdań między paroma wielbicielami taniego wina: “tym do Szkocji, nie ma szans...” na to drugi - “co nie dojadą, pewnie, że dojadą, co mają nie dojechać to w końcu Polacy” :).
Z tym optymistycznym akcentem ruszamy w kierunku autostrady za innymi złombolowymi autami ignorując już na pierwszym skrzyżowaniu czerwone światło. Niestety inny tak nie robili i się konwój rozczłonkował, przez co zamiast pojechać od spodka w prawo, pojechaliśmy w lewo, klucząc przez całe Katowice, robiąc kółko, aby się wbić na nasza najdłuższą w Polsce autostradę. W końcu docieramy do zjazdu na A4 i spotykamy w trasie inne ekipy. Jedziemy jakieś 30km i stajemy na stacji Shella, tankujemy i czekamy na ekipę Outsiderów, których poznaliśmy na starcie. Po pół godziny telefonują do nas, że nie ma sensu abyśmy czekali, bo maluch, który z nimi podróżuje jest w trakcie wymiany głowicy a oni sami nie rozwijają prędkości większej niż 80-90km/h. Ruszamy, więc dalej w stronę Wrocławia. Jedzie się dobrze, zaskakująco wygodnie i co najważniejsze bezawaryjnie, co prawda nie jesteśmy demonem szybkości, bo jedziemy ok. 100km/h, inne kanty z łatwością nas wyprzedzają . Nie przejmując się tym kulamy dalej naszą kantarę w stronę Wrocka. Po niespełna 3,5 godziny jazdy z dwiema dość długimi przerwami, docieramy na Bielany, gdzie są już i inne ekipy. My spotykamy się z bratem Agi i jego dziewczyną, zjadamy wspólny obiad, oni podziwiają naszą czekoladkę. Duma rozpiera, tak to nasza :). Ok 17.30 żegnamy się i ruszamy dalej w stronę granicy. Jedziemy na Zgorzelec z planem zatankowania na ostatniej stacji przed granicą, w Jędrzywowicach. Przed 20 docieramy na stacje Orlenu, spotykamy 2 fiaty i poloneza z matowymi czarnymi maskami i naklejkami z epoki “Polski Fiat”. Okazuje się, że jednej z ekip poszło oparcie fotela i trzeba było pospawać je w warsztacie przy stacji. My tankujemy, korzystamy z toalety i ruszamy dalej w kierunku Niemiec. Chwila moment i byliśmy w DE. Mkniemy autobaną na Drezno a później na Lipsk. Zostało nam do kempingu jakieś 160km. Naszym tempem jakieś 2 godziny, więc powinniśmy dojechać na ok 22. Za Dreznem doganiamy 44kuce i Pogromców Zielonej Krysi. Trzymając się z nimi, jedziemy do samego campingu, trochę błądząc oczywiście po Lipsku, bo każda nawigacja mówiła, co innego- a to okazywało się, że droga zamknięta a tam zakaz ruchu- chyba większość nie zaktualizowała nawigacji. Suma summarum na camping docieramy o 21:45. Jest już sporo ekip na oko może 60. Rozbijamy się, zakupujemy zimne niemieckie piwko i z ulgą stwierdzamy, że pierwszy dystans pokonany. Chwila relaksu, gotowanie i zjadamy smakowite szybkie dania- zalewane wrzątkiem. Wrażeń na dzień dzisiejszy wystarczy zmęczeni kładziemy się spać około północy. Brać złombolowa niestety nie w głowie miała spanie i do czwartej nad ranem grała naprawdę bardzo głośna muzyka. Patriotyzm niektórych załóg zaskakujący odśpiewali „Rotę” z prawie każdym członkiem złombola na campingu  Nasze zmęczenie tego dnia opisuje fakt, że nawet w takich warunkach udało nam się zasnąć.
Dystans pokonany dzisiaj - od Bielska 687km.


2 dzień 24.07

Wygląda na to, że rządza pokonywania kolejnych kilometrów nie daje nam długo pospać wstajemy o 6 rano. Korzystamy z dobrodziejstw Niemieckich sanitariatowi ( jak się później okaże najprzyjaźniejszych z wszystkich campingów i co zaskakujące najtańszych). Po odświeżającej porannej toalecie przystępujemy do robienia campingowego śniadania- pasztet, serki topione, chlebek i po kubek kawy. Najedzeni w dobrych nastrojach i z sporą dawką energii zwijamy bambetle i szykujemy się do wyjazdu. Nasz kapitan przechadzając się rankiem po campingu i podziwiając w świetle wschodzącego słońca samochody innych uczestników znalazł ekipę Prudenter Team. Jak wiemy wywiad środowiskowy kapitana działa świetnie, więc od razu skojarzył, że ekipa ta pisała na swoim blogu, że chętnie zwiedziłaby Brugię. Chęci naszej załogi podobne, więc postanawiamy ruszyć razem na podbój belgijskich miast. Po 9 wyjeżdżamy razem z campingu i kierujemy się na Kassel. Dziś prowadzi Konrad, trasa równie długa jak wczoraj ponad 600km, ale za to po innej klasy drogach. To była naprawdę długa trasa i nie łatwa niestety, podjazdy pod Kassel okazały się dla naszego kanta zbyt strome, momentami jechaliśmy na 3 biegu snując się 45km/h pasem awaryjnym. Tak było prawie pod każdą stromą górką (coś nie tak chyba z mieszanką w gaźniku, ale woleliśmy tego nie ruszać, żeby go całkiem nie rozregulować, bo spalanie miał bardzo dobre 9l benzyny i 8,5-9,5l gazu :)) . W końcu mijamy Kassel i rozpędzamy auto do licznikowych 120km/h a według navi niecałe 110km/h. Nie zorientowaliśmy się nawet, kiedy minęliśmy w deszczu granice z Holandią, teraz Krystyna z Garmina prowadzi nas do Eindhoven. Pod Eindhoven na wielkim węźle autostrad oczywiście navi nas wysłały w pole, w pewnym momencie jechaliśmy po wirażu a ona nic takiego nie miała u siebie. Kontaktując się przez CB z jadącymi za nami Prudenterami ustalamy adres capmu. I tu zaczyna się przysłowiowa “polka”. Wjeżdżamy w te coraz sielskie krajobrazy- małe domki z uroczymi ogródkami i drewnianymi okiennicami, nagle navi karzą nam skręcać w lewo. A w lewo tylko dróżka na szerokość jednego auta, wzdłuż drzewa a dokoła pola i pola z krowami, owcami u końmi :). Jadąc dalej navi uparcie twierdzi, że za 500,400,300m będziemy u celu, a wierzcie obora w oddali nie wyglądała raczej na nasz camping. Rozweseleni do łez tą sytuacją stajemy na środki drogi, na której może raz dziennie coś przejeżdża i prędzej jest to wóz z sianem niż samochód ;) Robimy sobie wspólne zdjęcia i jedziemy dalej, wjeżdżamy w jakąś boczną uliczkę, gdzie spotykamy starszą kobietę z psami, pytamy ją o drogę (mówi bardzo ładnie po angielsku, aż dziw) wskazuje nam kierunek. Trafiamy do centrum tej “mieściny”, niestety wszystko pozamykane nie ma kogo spytać o drogę wokół ani żywej duszy. Dostrzegamy na samo-obsługowej stacji samochód, niemalże zajeżdżamy mu drogę i pytamy o nasz camping. Niestety ów facet o indyjskim kolorze skóry ni w ząb słowa po angielsku, więc rysuje nam mapkę dojazdu na kartce i według niej trafiamy już bez problemu na camping. Płacimy 24euro i wjeżdżamy na camping. Prudenterzy jednak rezygnują z noclegu i bez postoju jada w stronę Dunkierki na prom. Umawiamy się na spotkani na campingu pod Londynem. Miejsca dla złombolowych ekip są na samym końcu campingu z dala od całej reszty (lepiej i dla nich ). Rozbiliśmy się zaraz obok Rustiego i w sumie jakoś na obrzeżach Złomboloców, może, dlatego, że wiedzieliśmy już, co poniektóre subwofery w autach potrafią nocą :P). Zjadamy coś ciepłego, tego dnia był to klopsiki w sosie pomidorowym z makaronem, wypijamy ostanie polskie piwko. Na brak chmielowego napoju nie musieliśmy jednak narzekać, dowiedzieliśmy się od innych ekip, że jest dobrze zaopatrzony sklep na campingu, męska część załogi rusza na zakupy. Jak można by się było spodziewać zakupili niezbędne męskie paliwo... 24 heinekeny (0,33l) za 16e :). Dziś trochę wcześniej, bo ok.23 kładziemy się, chcemy wcześnie wstać i zaatakować Brugię i może Antwerpię.
Od Bielska przejechaliśmy 1326km.


3 dzień 25.07

Dzisiaj mamy jeden z krótszych odcinków do pokonania ok 250km prom zarezerwowany mamy, na 18 więc w sumie masa czasu w zapasie- można coś pozwiedzać. Wjeżdżamy do Belgii i kierujemy się na Antwerpię. Tutaj gaz jest najtańszy na 65centów do tego jego jakoś jest dużo lepsza od polskiego gazu a może i nawet od niemieckiego. Dotarliśmy do Antwerpii trochę pokrążyliśmy szukając parkingu, w końcu zostawiamy naszą kantarę na wielopoziomowy parkingu w centrum (przynajmniej wg GPS-u). Zaopatrzeni w sprzęt fotograficzny idziemy podziwiać miasto słynące z obróbki diamentów. Spacer po wąskich urokliwych uliczkach i rynku otoczonym równie pięknymi kamieniczkami umilała nam świeża bagietka, którą chrupaliśmy po drodze. Wyjeżdżamy z Antwerpii po 14 z lekkim niedosytem, bo piękno tego miasta można by odkrywać dobry tydzień. Przezorność naszego kapitana- Pawła zmusiła nas do pominięcia Brugii „przecież lepiej być wcześniej na odprawie promu, na wypadek jak by się coś po drodze zepsuło. Nasz kanciak niezawodnie dowozi nas przed 16 na parking przed portem w Dunkierce. Spotykamy zielonego żuka, który również ma prom o 18. Zjedliśmy kilka kanapek z nadmuchanego chleba, który nigdy nie będzie się równał z naszym polskim… Po 16 udaliśmy się na odprawę. Tam widzieliśmy jeszcze, co najmniej kilka załóg, które już czekały na prom i jeszcze parę, które dopiero, co przyjechały i kupiły bilety na późniejsze godziny. Wspólnie z 2 żukami, polonezem, 125p i 125p kombi wzbudziliśmy nie małe zainteresowanie ludzi na placu do wjazdu na prom. Nie obyło się też bez polskich emigrantów powracających na wyspy, którzy z uśmiechem patrzyli na nasze bolidy robiąc im mnóstwo zdjęci, co by ich znajomi uwierzyli, że Polacy pchali się kanciakiem do Anglii a dokładnie do Szkocji :) . O 17.40 przypłynął, prom trochę czasu minęło za nim wszystko z niego wyjechało, w końcu ruszyły pierwsze samochody najpierw wjechały tiry a potem kolejne rzędy aut. My byliśmy w drugim rzędzie, więc jako jedni z pierwszych załadowaliśmy się na pokład. Trochę nas zdziwiło, że wszystkie samochody przed nami wjechały na górny pokład a akurat nam anglik kazał zostać na dolnym, razem z busami i tirami ;) dla nasz lepiej wyjedziemy, jako pierwsi. Podróż minęła spokojnie, bez większego bujania. Po 2 godzinach dobijaliśmy do portu w Dover. Do brzegu Anglii przybijamy ok 20.30 czyli 19.30 czasu UK. Załoga Prudenter Team już czekała na nas na campingu pod Londynem i całe szczęście, bo przed nami było jeszcze sporo kilometrów do przejechania i moglibyśmy nie zdążyć przed 23 a to właśnie wtedy przestają wpuszczać na camping. Prudenter wykupił, więc dla nas rezerwację miejsca na campingu, odetchnęliśmy z ulgą, bo nie musimy tak grzać naszych kucyków pod maską ;)
Z racji doświadczenia w ruchu lewostronnym (Pawła), nie mieliśmy problemów z płynnym poruszaniem się po zjechaniu z promu, czego nie można powiedzieć o pozostałych załogach. Ruszyliśmy w stronę Dartford by przejechać pod Tamizą i stamtąd już tylko ok 40km do obozu. Wybija 22 wydaje nam się, że zbliżamy się do celu, ale jak zwykle Krystyna z Garmina spłatała nam figla, kiedy ona oznajmiła “jesteś u celu”, budynek przed nami na pewno nie był campingiem. Na szczęście zatrzymał się dobrotliwy anglik i zapytał “ Do you looking for camping?- follow me ” - i tak trafiliśmy na pierwszy camping w Zjednoczonym Królestwie, de facto najdroższy, jaki w życiu widzieliśmy 34 funty za 3 osoby + auto. A w porównaniu do Holandii i Niemiec- marnie. Resztę wieczoru spędziliśmy na integracji z Pruderiami:). •1718 pokonanych kilometrów.


4 dzień 26.07

Wyruszamy z najdroższego kampingu, w jakim mieliśmy przyjemność być i ruszamy na północ, wzdłuż wschodniego wybrzeża w stronę Leeds. Jest w miarę ładna pogoda ok 20 C, drogi raz pod górkę a raz z górki. Po jakiś 300km od Londynu na wysokości wspomnianego Leeds, Karpiu rozkoszując się piękną drogą i widokami kominów przemysłowych z Leeds, bo inaczej tego nie można wyjaśnić, postanawia zmienić bieg z 5 na …...6 w miejscu wstecznego. Na całe szczęście nie udało mu się tego zrobić, ale momentalnie wszystkich w aucie wyrwało to z sennej atmosfery. Postój dla rozładowania napięcia by wskazany. Bardzo dobrze się stało, bo akurat zjechaliśmy na jeden z większych restpointów w uk, było tam pełne zaplecze sanitarne(także za free można było wziąć prysznic), internet, restauracja samoobsługowa, sklepy i inne pożyteczne rzeczy. Część idzie do środka coś zjeść, reszta postanawia ugotować sobie coś przy aucie. Paweł zjada angielski “brunch” czyli fasolka + frytki + jajka + kiełbasa, Aga wsunęła rybę z frytkami a Konrad coś sobie ugotował przy aucie. Korzystając z dobrodziejstwa internetu uzupełniamy nasza relacje i pozycje na mapie google. Wracając do aut zauważamy stojącego przy Szorstkim(biały kant załogi Prudenter Team) Władimira, czy raczej Artura jak się przedstawiał, a tak naprawdę miał na imię Robert ale wolał jak na niego się mówi Władimir(nie pytajcie...), z teamu Outsiders. Tak to ich poznaliśmy na starcie, stojących przed nami, mieliśmy razem jechać ale z racji iż oni naprawiali jeszcze maluszka byli znaczenie do tyłu w stosunku do nas. A dzięki ominięciu 2 kempingów i jeździe non stop dotarli do tego punktu przed nami. Postanawiamy, że zaparkujemy koło nich i potem pojedziemy wszyscy razem 3 kanty i maluch Sznurówy. Niestety ten manewr okazał się dla nas za trudny i zamiast zmienić miejsce na parkingu wyjechaliśmy z niego na Motorway. Pojechaliśmy jeszcze jakieś 100km i zjechaliśmy na stacje zatankować LPG, ku naszemu ogromnemu zdziwieniu po może 15 minutach pojawili się Outsidersi i Sznurówa :). Od tego momentu jechaliśmy razem w stronę kempingu pod Lockerbie. Co prawda Sznurówa nie mógł jechać zbyt szybko, aby mu nie poszła już całkiem uszczelka misy olejowej, ale wyszło nam to na dobre. Po zmieniającym się krajobrazie widać było, że zbliżamy się nie ubłaganie do Szkocji. Malownicze pagórki pełne zieleni i wypasających się owiec, poprzedzielane kamiennymi murkami. Gdzie nie gdzie tylko pośród tych pustkowi widać czasem jakiś mały domek. Powoli dojeżdżamy do Hodom Castle Camping, nazwa nie wzięła się z powietrza, sam kemping na polach wokół małego zameczku a przed nim jest pole golfowe, a biuro kempingu mieści się w samym zameczku. Trochę to dziwne, no chyba, że mają tych zamków bez liku i nie mają, co z nimi robić. Niestety pomimo pustych pól na kempingu, Szkoci twierdzą, że nie ma miejsc ..:( (chyba się trochę przestraszyli jak zobaczyli nasze “złomy”). Toteż jedziemy na zapasowy kemping, na tutaj było już sporo naszych, ale płacenie 6f tylko za to aby spać na trawie przed samym campingiem wydało nam się stratą czasu i pieniędzy. Postanawiamy, że jedziemy dalej i śpimy na dziko. Początkowo miała z nami jechać warcząca wanda ale jej rozrusznik padł i została na campingu. Tak, więc zostawiamy Sznurówę oraz Outsiedersów i jedziemy z Prudneterami dalej na północ. Kierunek Glassgow. Jesteśmy na wysokości Glasgow w godzinach późno wieczornych, postanawiamy zjechać do miasta i poszukać całodobowego Tesco, w celu uzupełnienia zapasów miedzy innymi gąbczastego angielskiego chleba. I tutaj się zaczyna “Glasgow by night”. Nawigacja prowadzi nas przez chyba największe slumsy Glasgow, zero białych tylko ciapaci i czarni masakra. Stojąc na światłach podbiega do nas jakiś arab, i coś nawija, mówimy mu aby po angielsku mówił, ale ni chu chu. Nie wiemy, po jakiemu mówił, ale na pewno nie był to angielski. Potem podbiegł do pruderów i to samo. Robi się trochę nerwowo zwijamy się stamtąd i jedziemy dalej. Chcemy tylko, aby nas navi stąd wyprowadziła. Krystyna przemawia skręć w prawo, patrzymy a tu taka górka, że powiadamiamy Pruderów przez radio, że my nie damy rade na nią wyjechać. Jedziemy, więc dalej, ale Krystyna uporczywie kieruje nas na górkę, a wierzcie lub nie, miała ona ze 30 stopni nachylenia, na nic było rozpędzenie się przed nią- wjeżdżaliśmy na nią na 1 biegu ;). Po drodze jeszcze zatrzymujemy się pod Asdą, która niestety była zamknięta, ale przy okazji dolewamy borygo do chłodnicy, bo coś nam temperatura podskoczyła a samego płynu jakby brakowało (następnego dnia miało się okazać, dlaczego musieliśmy go dolać…). Po uzupełnieniu płynu obieramy kurs na wyjazd z Glassgow i gdzieś po drodze będziemy szukać miejsca na nocleg. Zatrzymujemy się jeszcze pod kebabeb, z ostatnich sztuk mięsa ciapas robi nam 2 kebaby z baraniny. Było tego tyle, że Paweł sam nie dał rady zjeść i dzieli się z CAŁĄ załoga PrudenterTeam. W końcu ok 1.30 w nocy wyjeżdżamy z Glassgow i stajemy na pierwszej małej zatoczce i postanawiamy tu zostać do rana.
Od Bielska przejechaliśmy 2354km


5 dzień 27.07

Rano okazało się, że tuż za krzakami było małe jezioro, po szybkim śniadaniu i oporządzeniu się, postanawiamy jechać na metę nad Loch Ness. Dzięki ominięciu ostatniego campingu nie tylko zaoszczędziliśmy trochę kasy, ale także byliśmy o jakieś 130-140km bliżej mety, przed nami jeszcze 230km. Pakujemy się, odpalamy nasze fury.... a tu para spod maski i rośnie temp, szybko sprawdzamy, co dzieje się pod maską- po całej komorze tryska płyn, ustalamy szybko miejsce awarii, i niczym mechanicy na pitstopie szybko i sprawnie, znajdujemy zapasowy waż od chłodnicy, odpowiednio go przycinamy i wymieniamy. Naprawa udała się wzorowo i nie trwała więcej jak 10 minut (poważnie). W sumie to trochę poczuliśmy ulgę, że w końcu mieliśmy już tą pierwszą, dziewiczą awarię. Dobrze, że to była taka drobnostka i spełnieni, jako wielcy mechanicy :) ruszyliśmy dalej. Zaczyna się kraina szkockich jezior, jedno za drugim, wśród malowniczych gór, jedziemy podziwiamy i robimy zdjęcia. W końcu po 3-4 godzinach jazdy około godziny 11 docieramy do Drumnadrochi , które jest miej więcej w połowie długości Loch Ness. Tak, tak przejechaliśmy 27 letnim kantem praktycznie bezawaryjnie trochę ponad 2600km by zameldować się na ostatnim campingu. Z tego, co wyliczyliśmy byliśmy 17-18 załogą na miejscu. Była piękna słoneczna pogoda, ok 26C. Wszyscy z ulgą wypełzliśmy z naszych bolidów, od razu kierując się w stronę łazienek, bo prysznica ostatniej nocy na dziko to nie było ;) Ku naszemu zaskoczeniu na campingu, na którym miały się zjawić wszystkie ekipy były tylko dwa prysznice męski i damski po jednym kibelku i po dwie umywalki. Cóż jak na prawie 400 osób może być mało. Na szczęście dzięki temu, że na mecie byliśmy w pierwszej dwudziestce udało nam się z wszystkiego skorzystać bez kolejki i większych problemów. Po upragnionym odświeżeniu- a dokładnie zmyciu z siebie klejącego fiatowskiego brudu rozłożyliśmy się na kocach w pełnym słoneczku popijając ulubione % i obserwowaliśmy kolejne nadjeżdżające ekipy i tak do wieczora. Po północy odbyło się podsumowanie tegorocznego Złombola, były podziękowania i radość z dotarcia do mety, a nawet oficjalne ogłoszenie zaręczyn złombolowej pary. Niestety nie wszystkim było dane dzielenie radości z dotarcia do celu, ze 124 załóg, które wystartowały z Katowic trochę ponad 90 dotarło na metę.


6 dzień 28.07

Wieczorem poprzedniego dnia uzgodniliśmy z Prudenterami, że pojedziemy z nimi na wyspę SKY ok 200km na północny zachód od Loch Ness. Standardowo wstaliśmy rano, toaleta, szybkie śniadanie ogarnięcie bambetli i załoga teamu, co powie ryba zwarta i gotowa do ostatnie wycieczki przed powrotem. W kilka kantów Prudenter, Outsiders i śFiatowcami ruszyliśmy w stronę wspomnianej wyspy. Jechaliśmy jakieś 3 godziny po czym wjechaliśmy mostem na wyspę SKY. Krajobrazy faktycznie piękne, wszystko to, z czego słynie szkocka natura w jednym miejscu. Wąskie malownicze dróżki pośród morskich zatok i gór. Będąc już na SKY postanawiamy pojechać do destylarni whisky Talisker w Carbost. Talisker jest m.in. jednym ze składników popularnej whisky mieszanej Johnnie Walker (stanowi dużą część zwłaszcza w piętnastoletniej Johnny Walker Green Label). Oczywiście będąc już na miejscu musieliśmy skosztować wytwarzanego tam trunku. Niewielu z nas zasmakowała, pomimo to kupiliśmy w prezencie 12 letnia butelkę za nie całe 50 funtów. Po zaliczeniu widokowej wyspy kierujemy się na Edynburg, gdzie Mariusz z Prudenterów był zobowiązany przez sponsora do zrobienia zdjęcia ze swoim kantem. Po 22 przejechaliśmy most wiodący do Edynburga, zjechaliśmy na stacje, zatankować nasz ulubiony LPG i trochę odpocząć, a wspomniany Mariusz pojechał zrobić zdjęcie na tle mostu. W międzyczasie na radiu złapaliśmy MłodePyrki i umówiliśmy się na spotkanie w centrum. Bez najmniejszego problemu wjechaliśmy do centrum i znaleźliśmy miejsca parkingowe nie opodal zamku. Szybki spacer, parę zdjęć. W porównaniu do Glasgow to Edynburg jest dużo, dużo ładniejszy, szkoda tylko, że nie mieliśmy okazji go spokojnie zwiedzić za dnia. Młodepryki dojechały, ale musieli już na miejscu zmienić koło. Po 24 wyjeżdżamy z miasta i postanawiamy szukać jakiegoś miejsca do spania. Po 20-30km za Edynburgiem zjeżdżamy z autostrady wprost na jakaś dróżkę dojazdową do gospodarstwa. Stawiamy nasze bolidy na poboczu wśród pól i postanawiamy tu przenocować do rana. Nie wiedząc czemu, młodepyrki zostawiają nas i postanawiają jechać dalej.


7 dzień 29.07

Wcześnie rano budzimy się, szybkie ogarnięcie się i ruszamy dalej w stronę Londynu. Po ok. 4 godzinach jazdy docieramy do dobrze znanego nam już Rest Point`u w ok. Leeds. Korzystamy z okazji i bierzemy prysznic, jemy coś ciepłego, uzupełniamy na szybko blog i jedziemy dalej. W godzinach wieczornych wjeżdżamy do Londynu mijając stadiom Wembley. Udajemy się pod bar motocyklowy gdzie jest dzień Polski. Chłopaki robią parę zdjęć, zaopatrują się w klubowe gadżety i ruszamy w stronę centrum. Wjeżdżamy do samego centrum i modlimy się, aby tylko na tych zatłoczonych ulicach, któryś z kantów nie odmówił posłuszeństwa. Błąkamy się po City szukając miejsca do zaparkowania. W końcu skręcamy w, którąś uliczkę na Westminster City i parkujemy. Co prawda na znaku jest napisane “only for residents” toteż postanawiamy w bardzo szybkim tempie zwiedzić centrum stolicy Anglii. Przechodzimy przez James Park i lądujemy pod Buckingham Palace, robimy parę zdjęć i ruszamy na pod widoczny w oddali Big Ben, po drodze mijając War Room Churchila i inne muzea. Pod Big Benem tłumu, robimy zdjęcia, podziwiamy panoramę z mostu na Tamizie i postanawiamy wracać do aut. Czas szukać noclegu. Dzięki znajomemu Marka z Prudenterów namierzamy pewien park za Walthamstow. Wbijamy namiary na GPS i udajemy się na miejsce. Po drodze rozdzielamy się z Prudentrami i Outsaidersami. Ok 24 docieramy na miejsce. Dowiadujemy się, że reszta siedzi w jakieś tureckiej knajpie i się pożywia. Nie zważając na szemrawe interesy podejrzanych aut na parkingu staramy się zasnąć. Konradowi przychodzi to najłatwiej, zasypia od razu po zaparkowaniu. My dopiero jak dojeżdżają pozostałe ekipy.


8 Dzień 30.07

Rano ustalmy dalszy plan działania, ruszamy na Hartford Bridge a później w stronę Dover. Outsidersi postanawiają zostać w Londynie i do południa pozwiedzać, co się da. Jedziemy, więc my i Prudenter Team. Przed samym mostem w Elżbiety w Dartford zjeżdżamy do centrum handlowego celem zrobienia ost. zakupów w UK. Już na parkingu okazuje się, że coś nie tak jest z ładowaniem w Szorstkim. Ma ładowanie tylko na wysokich obrotach, coś jest nie tak. Postanawiamy wspólnie jednak dojechać najpierw do Dover i tam zobaczy, co i jak. Jako, że jak wyżej napisałem ładowanie w wozie Prudenterów działa tylko na wysokich obrotach, chłopaki na autostradzie grzeją po 130km trochę nas odstawiając. Docieramy do Dover, stajemy na parkingu, okazuje się, że w alternatorze Szorstkiego poszły diody, ratujemy Prudenterów naszym kompletnym zapasowym. Po wymianie altka, ładowanie działa chłopakom już prawidłowo, daje piękne znamionowe napięcie 14V. Prudenterom udało się kupić bilet na ten sam prom, czyli godzinę 23:59. Przez resztę dnia zwiedzamy Dover, co po nie, którzy moczą stopy w morzu inni robią zdjęcia klifów i zamku górującego nad miasteczkiem. W międzyczasie dojeżdżają do nas Outsidersi( po zwiedzaniu Londynu). Jednak im udaje się kupić jedynie bilet na 6 rano następnego dnia. O 22 przechodzimy odprawę i czekamy na załadunek na prom. Punktualnie o północy wypływamy z Dover stronę Dunkierki, będzie na stałym lądzie po 3 w nocy czasu europejskiego.


9 dzień (ostatni) 31.07

Ok godziny 3.15 zjeżdżamy z promu, ponieważ niektórzy nazajutrz szli do pracy, inni już byli tym wszystkim zmęczeni itd, postanawiamy,o ile nam nasze bolidy pozwolą, jechać praktycznie non stop z przerwami tylko na tankowanie do PL. Tutaj jakoś szczególnie nie będę się rozpisywał, ponieważ droga jak droga, km za km. Po wytrzymaniu do 7.30 oddaje kierownicę Konradowi i to on już prowadzi do samej Polski. Jedziemy 100-110km łykając kolejne km. W końcu ok 20 mijamy granicę Niemiecko-Polską i kierujemy się A4 w kierunku Wrocławia. Za Bolesławcem zjeżdżamy zatankować i posilić się w Macu. Tutaj żegnamy się z towarzyszami naszej podróży. Prudenter Team. Ruszamy w drogę do domu. W Polsce już do samego domu prowadzi Paweł. Za Wrocławiem zaczyna się ogromna ulewa, wycieraczki chodzą na najwyższych obrotach a pomimo tego prawie nic nie widać, masakra. Momentami naprawdę zastanawialiśmy się czy nie zjechać gdzieś i nie przeczekać tej ulewy, Jednak jedziemy dalej, pogoda nie zmienia się do samych Katowic. W aucie już wszyscy śpią poza oczywiście kierowcą, choć i ten już zaczyna mieć omamy, puszka Red Bulla załatwia sprawę i jedziemy już do samego Bielska. Zbliża się godzina, 3 kiedy mijamy zieloną tablice z jakże optymistycznym napisem “Bielsko-Biała”. Dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę, że udało nam się, praktycznie bez większych awarii, nie zabijając się między sobą, cali i w pełnym składzie dojechaliśmy nad Loch Ness i wróciliśmy. Pokonawszy dokładnie 5985km 27-letnik Dużym Fiatem. Wielu nie wierzyło, wielu miało nas za wariatów, a jednak daliśmy radę. Zapada jednogłośnie decyzja: “jedziemy za rok!!!”. Teraz czas ochłonąć i zając się naszą czekoladową kantarą. Czeka ją odnowienie środka, konserwacja, remont silnika lub jego wymiana na 1.6. Wszystko to będziemy strać się tu opisywać. Zaczynamy końcem września, życzcie nam powodzenia. :)
04 10 2011 napisane przez: admin
0 komentarze